powrót do listy
powrót do listy
2019-12-17

Metal Hammer 12/2019
Lindemann, Ghost, Alcest, Chelsea Wolfe, Nile, Leash Eye, Running Wild, House Of Death, Life Of Agony, Moyra, Dragonforce, Monolord, Nazareth, Insomnium, Rosk, Cradle Of Filth, Hell's Coronation, Wednesday 13, Tygers Of Pan Tang
SPIS TREŚCI
Zgrzyt 3
Hard Fax 4
Lindemann 8
Ghost 12
Alcest 16
Chelsea Wolfe 18
Nile 20
Leash Eye 22
Urn 24
Running Wild 26
House Of Death 28
Life Of Agony 30
Moyra 32
Na Zachód Od Metalu 34
Dragonforce 43
Monolord 44
Nazareth 46
Insomnium 48
Rosk 52
Cradle Of Filth 54
Hell's Coronation 56
Wednesday 13 58
Tygers Of Pan Tang 60
Album Miesiąca 62
Recenzje 63
Epicentrum 68
Book Zapłać 69
Za Progiem 70
Odgruzowani 72
Zafoceni 73
Die Young 74
ZGRZYT
Chyba nie trzeba nikogo przekonywać jak wielką popularnością cieszy się u nas Rammstein. Zresztą tegoroczny koncert zespołu na Stadionie Śląskim w Chorzowie, który na pół dnia sparaliżował miasto, był na to niezbitym dowodem. Tymczasem fani Rammstein otrzymują kolejną w tym roku niespodziankę (po pierwszej od lat nowej płycie grupy) – drugi album projektu Lindemann. To ciekawa i ważna płyta, bo udowadnia, że na sukces Rammstein składają się wypadkowe talentów wszystkich jej muzyków. Także, a może przede wszystkim, wokalisty. Nasz wysłannik udał się aż do Sankt Petersburga, by przeprowadzić wywiad, który znajdziecie na stronie ósmej.
W chwili gdy piszę te słowa, przed nami pierwszy halowy koncert Ghost w Polsce. 30 listopada zespół zagra w katowickim Spodku i mam wrażenie, że ten koncert - a raczej cała jesienna europejska trasa - przesądzi o tym w którą stronę powędruje kariera Ghost. Czy podobnie uważa lider grupy? Tego dowiecie się z obszernego wywiadu.
Prócz dwóch wspomnianych na wstępie tematów, przygotowaliśmy dla Was całe mnóstwo innych atrakcji; rozmowy z Running Wild, Life Of Agony, Alcest, Cradle Of Filth, Tygers Of Pan Tang, Nazareth i Nile ale także z tak ciekawymi artystami jak Chelsea Wolfe czy Rosk.
Darek Świtała
W chwili gdy piszę te słowa, przed nami pierwszy halowy koncert Ghost w Polsce. 30 listopada zespół zagra w katowickim Spodku i mam wrażenie, że ten koncert - a raczej cała jesienna europejska trasa - przesądzi o tym w którą stronę powędruje kariera Ghost. Czy podobnie uważa lider grupy? Tego dowiecie się z obszernego wywiadu.
Prócz dwóch wspomnianych na wstępie tematów, przygotowaliśmy dla Was całe mnóstwo innych atrakcji; rozmowy z Running Wild, Life Of Agony, Alcest, Cradle Of Filth, Tygers Of Pan Tang, Nazareth i Nile ale także z tak ciekawymi artystami jak Chelsea Wolfe czy Rosk.
Darek Świtała
ALBUM MIESIĄCA
LINDEMANN
F & M
(Universal Music)
Ostatnie czasy to urodzaj dla fanów Rammstein, a jeszcze kilka lat temu atmosfera wokół działalności niemieckiego zespołu zbyt wesoła nie była. To właśnie wtedy pojawiła się pierwsza płyta projektu Lindemann, który nazwą sugerował, że mamy do czynienia z solowym projektem wokalisty. Tak naprawdę był to owoc partnerskiej współpracy pomiędzy frontmanem a szwedzkim gitarzystą i producentem Peterem Tägtgrenem. W tym miesiącu premierę będzie miała kolejna płyta duetu, opatrzona enigmatycznym tytułem “F & M”. Zdradzę wam od razu, że chodzi o “Frau & Mann” - taki tytuł nosi jeden z kawałków znajdujących się na krążku, dotyczący przemyśleń Tilla na temat relacji damsko-męskich. Chociaż z tym akurat wokalistą nigdy nic nie wiadomo; wszak jest on mistrzem pokręconych dwuznaczności, a świat, o którym opowiada w swoich tekstach wypełniają dziwaczne postaci i jeszcze bardziej osobliwe ich relacje. Dlaczego akurat ten numer stał się niejako wizytówką tego krążka, a nie singlowe i kipiące energią “Steh auf” z teledyskiem, w którym występuje znakomity Peter Stormare? Doprawdy nie wiem, być może temat przeciwieństw jest tym, który partnerski duet chciał wskazać jako kluczowy.
Jeżeli spróbujemy zderzyć ten materiał z wydanym cztery lata temu “Skills In Pills” widać sporo różnic. Cieszę się mogąc powiedzieć, że najnowsze dzieło Lindemann wydaje się być dokonaniem od poprzednika ciekawszym, a na pewno dużo bardziej zróżnicowanym. Wtedy dominowały utwory w nurcie wywodzącym się wprost ze stylistyki Rammstein, z tą różnicą, że zaśpiewane w języku angielskim. Tym razem muzycy poszli na całość. Różnorodność stylistyczna i brzmieniowa jest bardzo duża i właściwie każdy kawałek ma swój specyficzny i charakterystyczny klimat. Znajdują się tu rzeczy dynamiczne jak wspominany już pierwszy singiel. Z kolei “Knebel” wygrywa swoim dramatycznym twistem, zaczynając się jak rockabilly w stylu Johnny’ego Casha, by następnie przejść w najmocniejszy bodaj riff na całym albumie. Robi to niesamowite wrażenie. Z kolei “Schlaf ein” to najbardziej liryczny moment albumu. Delikatna w brzmieniu kołysanka, której jednak nie zdecydowałbym się śpiewać swoim dzieciom do snu.
Właściwie każdy kawałek ma w sobie zapadający w pamięć motyw, czy to nośny riff, ciekawy podkład rytmiczny lub zaskakujący aranż. Weźmy taki “Mathematik”, brzmiący jak współczesny rap. Nie należy on może do najmocniejszych momentów płyty, ale niech dokumentuje pomysłowość, jaka towarzyszyła muzykom przy tworzeniu. Jedynie wokal Tilla, tym razem na powrót niemiecki, nie odbiega zbytnio od tego, co słyszeliśmy chociażby na ostatnim albumie Rammstein. Jest on swoistym łącznikiem z przeszłością. Być może zbyt wcześnie na takie stwierdzenia ale po kilku przesłuchaniach muszę powiedzieć, że “F & M” jest dla mnie albumem ciekawszym niż tegoroczna propozycja Rammstein. Wiem, że projekt ten nie może raczej liczyć na rozmach marketingowy macierzystego zespołu wokalisty (chociaż ogłoszona właśnie, krótka trasa zespołu, planowana na luty 2020 roku, odbywać się będzie w sporych obiektach), jednak niech mniej opatrzona nazwa na pudełku płyty nie powstrzyma nikogo przed sięgnięciem po ten album. Jakieś wady? Być może tylko to, że owa różnorodność stylistyczna, choć satysfakcjonująca, rodziła we mnie czasem wrażenie, jakby powstała z potrzeby udowodnienia tego, że; “potrafimy w inne dźwięki”. Jednak muzycy twierdzą, że płyta powstawała bez żadnej presji. Gorąco polecam.
Igor Waniurski
F & M
(Universal Music)
Ostatnie czasy to urodzaj dla fanów Rammstein, a jeszcze kilka lat temu atmosfera wokół działalności niemieckiego zespołu zbyt wesoła nie była. To właśnie wtedy pojawiła się pierwsza płyta projektu Lindemann, który nazwą sugerował, że mamy do czynienia z solowym projektem wokalisty. Tak naprawdę był to owoc partnerskiej współpracy pomiędzy frontmanem a szwedzkim gitarzystą i producentem Peterem Tägtgrenem. W tym miesiącu premierę będzie miała kolejna płyta duetu, opatrzona enigmatycznym tytułem “F & M”. Zdradzę wam od razu, że chodzi o “Frau & Mann” - taki tytuł nosi jeden z kawałków znajdujących się na krążku, dotyczący przemyśleń Tilla na temat relacji damsko-męskich. Chociaż z tym akurat wokalistą nigdy nic nie wiadomo; wszak jest on mistrzem pokręconych dwuznaczności, a świat, o którym opowiada w swoich tekstach wypełniają dziwaczne postaci i jeszcze bardziej osobliwe ich relacje. Dlaczego akurat ten numer stał się niejako wizytówką tego krążka, a nie singlowe i kipiące energią “Steh auf” z teledyskiem, w którym występuje znakomity Peter Stormare? Doprawdy nie wiem, być może temat przeciwieństw jest tym, który partnerski duet chciał wskazać jako kluczowy.
Jeżeli spróbujemy zderzyć ten materiał z wydanym cztery lata temu “Skills In Pills” widać sporo różnic. Cieszę się mogąc powiedzieć, że najnowsze dzieło Lindemann wydaje się być dokonaniem od poprzednika ciekawszym, a na pewno dużo bardziej zróżnicowanym. Wtedy dominowały utwory w nurcie wywodzącym się wprost ze stylistyki Rammstein, z tą różnicą, że zaśpiewane w języku angielskim. Tym razem muzycy poszli na całość. Różnorodność stylistyczna i brzmieniowa jest bardzo duża i właściwie każdy kawałek ma swój specyficzny i charakterystyczny klimat. Znajdują się tu rzeczy dynamiczne jak wspominany już pierwszy singiel. Z kolei “Knebel” wygrywa swoim dramatycznym twistem, zaczynając się jak rockabilly w stylu Johnny’ego Casha, by następnie przejść w najmocniejszy bodaj riff na całym albumie. Robi to niesamowite wrażenie. Z kolei “Schlaf ein” to najbardziej liryczny moment albumu. Delikatna w brzmieniu kołysanka, której jednak nie zdecydowałbym się śpiewać swoim dzieciom do snu.
Właściwie każdy kawałek ma w sobie zapadający w pamięć motyw, czy to nośny riff, ciekawy podkład rytmiczny lub zaskakujący aranż. Weźmy taki “Mathematik”, brzmiący jak współczesny rap. Nie należy on może do najmocniejszych momentów płyty, ale niech dokumentuje pomysłowość, jaka towarzyszyła muzykom przy tworzeniu. Jedynie wokal Tilla, tym razem na powrót niemiecki, nie odbiega zbytnio od tego, co słyszeliśmy chociażby na ostatnim albumie Rammstein. Jest on swoistym łącznikiem z przeszłością. Być może zbyt wcześnie na takie stwierdzenia ale po kilku przesłuchaniach muszę powiedzieć, że “F & M” jest dla mnie albumem ciekawszym niż tegoroczna propozycja Rammstein. Wiem, że projekt ten nie może raczej liczyć na rozmach marketingowy macierzystego zespołu wokalisty (chociaż ogłoszona właśnie, krótka trasa zespołu, planowana na luty 2020 roku, odbywać się będzie w sporych obiektach), jednak niech mniej opatrzona nazwa na pudełku płyty nie powstrzyma nikogo przed sięgnięciem po ten album. Jakieś wady? Być może tylko to, że owa różnorodność stylistyczna, choć satysfakcjonująca, rodziła we mnie czasem wrażenie, jakby powstała z potrzeby udowodnienia tego, że; “potrafimy w inne dźwięki”. Jednak muzycy twierdzą, że płyta powstawała bez żadnej presji. Gorąco polecam.
Igor Waniurski