powrót do listy
powrót do listy
2020-02-18

Metal Hammer 2/2020
Sons Of Apollo, Ragnarok, Demons & Wizards, Saxon, Sepultura, Rage, Trup, Rhapsody, Eloy, Motorhead, Gatecreeper, Skyblood, Une Misere, Narrenwind, Hour Of Penance, Satyricon
SPIS TREŚCI
Zgrzyt 3
Hard Fax 4
Sons Of Apollo 8
Ragnarok 12
Demons & Wizards 14
Saxon 18
Sepultura 20
Rage 22
Trup 24
Rhapsody 26
Eloy 28
Grunge Z Pierwszej Ręki 30
Na Zachód Od Metalu 32
Motorhead 41
Gatecreeper 42
Skyblood 44
Une Misere 46
Narrenwind 50
Hour Of Penance 52
Satyricon 54
Album Miesiąca 58
Recenzje 59
Epicentrum 64
Za Progiem 65
Book Zapłać 66
Odgruzowani 68
Zafoceni 69
Die Young 70
ZGRZYT
W chwili kiedy piszę te słowa dotarła do mnie wiadomość o śmierci Neila Pearta, perkusisty Rush. Wiadomość tym smutniejsza, że po latach zmagań z życiowymi tragediami, Neil podobno w końcu znalazł szczęście w nowym związku, został ojcem małego dziecka... Życie jednak toczy się dalej, została muzyka na albumach Rush, zostali też fani – choćby Mike Portnoy perkusista, który od zawsze wskazywał Neila Pearta jako swojego muzycznego guru. I to Mike Portnoy i jego zespół Sons Of Apollo spoglądają na Was z okładki lutowego wydania Metal Hammera. Druga płyta grupy jest dowodem na to, że nowy zespół Portnoy'a śmiało dyskontuje obecne dokonania jego dawnej formacji - Dream Theater. Więcej – na stronie ósmej.
W numerze jak zwykle znajdziecie różne muzyczne propozycje; od klasyków w postaci Satyricon, Rage, Saxon czy Demons & Wizards po zupełnie świeże tematy takie jak Une Misere, Hour Of Penance czy Narrenwind. Dobrej lektury!
Darek Świtała
W numerze jak zwykle znajdziecie różne muzyczne propozycje; od klasyków w postaci Satyricon, Rage, Saxon czy Demons & Wizards po zupełnie świeże tematy takie jak Une Misere, Hour Of Penance czy Narrenwind. Dobrej lektury!
Darek Świtała
ALBUM MIESIĄCA
RED SCALP
The Great Chase In The Sky
(wyd. własne)
Czasem jest tak, że zespół ewoluuje z każdym następnym nagraniem, ale przy którymś z kolei stylistycznym skręcie to już nie kopie, jak wcześniej – przynajmniej ciebie, bo masz świadomość, że, obiektywnie patrząc, zmiana wyszła im na dobre, jest mądra i umiejętnie przeprowadzona. Tylko jakoś nie żre – nie chce, i już. Przez dłuższą chwilę myślałem, że tak właśnie będzie u mnie z Red Scalp i ich „The Great Chase In The Sky”, bo wydawało mi się, że w porównaniu do wcześniejszych nagrań kapeli jest to materiał mało konkretny, co jest rzecz jasna głupotą. Ta różnica w odbiorze jest o tyle ciekawa, że stylistyczna przepaść dzieląca tę płytę i „Lost Ghosts” wydaje się być mniejsza, niż ta, która oddzielała od siebie „Lost Ghosts” i debiut. „Rituals”, wypełniony stoner/doomem ze szczyptą rock’n’rollowego feelingu (pisałem kiedyś, że chyba żadna kapela w Polsce nie ma lepszego wyczucia tego południowego luzu), choć rasowy, to nie uświadamiał o ogromnym marginesie rozwoju, który miał objawić się na drugim krążku Red Scalp przez dokooptowanie do zespołowego instrumentarium saksofonu oraz przez długie, floydowskie odloty poprzedzielane momentami bardziej zwartego riffowania. Nowa płyta jest z kolei przedłużeniem poprzedniej, bardziej odważnym i świadomym. Bo jeśli „Lost Ghosts” była takim lądowaniem na Księżycu, to „The Great Chase In The Sky” stanowi pierwszy krok bez asekuracji. O ile zatem zmiana czysto stylistyczna nie jest jakaś poważna, tak ewolucja podskórna, której nie widać na pierwszy rzut oka – ewolucja sposobu myślenia o kompozycjach – powoduje, że obie płyty dzieli naprawdę sporo.
Wracając do kwestii „konkretu” w tej muzyce, zależy, z jakiej perspektywy spojrzeć: bo faktycznie, krążek nie jest tak zwarty jak poprzedni „Lost Ghosts” (który i tak, jak wspomniałem, wykazywał zdecydowanie większe ciągoty w stronę psychodelii, niż debiut). Z drugiej strony, paradoksalnie, tego konkretu może być tutaj nawet więcej, niż wcześniej, bo upchany jest na stosunkowo niewielkiej powierzchni czasowej, długimi momentami ustępując miejsca wycieczkom, które wyjęte z kontekstu całości mogłyby być w zasadzie uznane za darkjazzowe (vide: intro „Chase”). Generalnie więcej tutaj saksofonu, a przede wszystkim klawiszy. Do tego dochodzą odważniejsze, niż wcześniej wokalizy, które dostały więcej miejsca i większą ekspozycję, niż do tej pory, głównie z tego powodu, że pod względem instrumentalnym to na pewno nie jest rozkrzyczana płyta. Wszystko to sprawia, że Red Scalp latają dzisiaj jeszcze wyżej, niż na „Lost Ghosts”. „The Great Chase...” to nagranie bardzo spójne brzmieniowo, co może dziwić o tyle, że poszczególne składowe tych piosenek – kotłowanina gitar jak z „Darkness Come Alive” Doomriders w dalszej części „Chase”, wędrówki po kosmosie, przywołujące na myśl Szwedów z Asteroid, w „Sacred Space”, wspomniane darkjazzowe smaczki, czy najmocniej nawiązujący do poprzednich płyt Red Scalp, motoryczny „Motherload” – w teorii są od siebie dość mocno oddalone. A jednak to działa, co więcej: faktycznie wydaje się, że to najdojrzalszy dotychczas krążek zespołu. Czy najlepszy? Ja stawiam go na równi z „Lost Ghosts”. Gdyby Betelgeza miała swoją Eurowizję, a na niej numery takie, jak np. „Sacred Space”, to może by nie wybuchła. O wielu zespołach mówi się: ciekawe, jaki będzie ich kolejny krok, ale niewiele sprawia wrażenie, że rzeczywiście może pójść dokądkolwiek. Red Scalp zaliczyłbym do tego właśnie wąskiego grona.
Adam Gościniak
The Great Chase In The Sky
(wyd. własne)
Czasem jest tak, że zespół ewoluuje z każdym następnym nagraniem, ale przy którymś z kolei stylistycznym skręcie to już nie kopie, jak wcześniej – przynajmniej ciebie, bo masz świadomość, że, obiektywnie patrząc, zmiana wyszła im na dobre, jest mądra i umiejętnie przeprowadzona. Tylko jakoś nie żre – nie chce, i już. Przez dłuższą chwilę myślałem, że tak właśnie będzie u mnie z Red Scalp i ich „The Great Chase In The Sky”, bo wydawało mi się, że w porównaniu do wcześniejszych nagrań kapeli jest to materiał mało konkretny, co jest rzecz jasna głupotą. Ta różnica w odbiorze jest o tyle ciekawa, że stylistyczna przepaść dzieląca tę płytę i „Lost Ghosts” wydaje się być mniejsza, niż ta, która oddzielała od siebie „Lost Ghosts” i debiut. „Rituals”, wypełniony stoner/doomem ze szczyptą rock’n’rollowego feelingu (pisałem kiedyś, że chyba żadna kapela w Polsce nie ma lepszego wyczucia tego południowego luzu), choć rasowy, to nie uświadamiał o ogromnym marginesie rozwoju, który miał objawić się na drugim krążku Red Scalp przez dokooptowanie do zespołowego instrumentarium saksofonu oraz przez długie, floydowskie odloty poprzedzielane momentami bardziej zwartego riffowania. Nowa płyta jest z kolei przedłużeniem poprzedniej, bardziej odważnym i świadomym. Bo jeśli „Lost Ghosts” była takim lądowaniem na Księżycu, to „The Great Chase In The Sky” stanowi pierwszy krok bez asekuracji. O ile zatem zmiana czysto stylistyczna nie jest jakaś poważna, tak ewolucja podskórna, której nie widać na pierwszy rzut oka – ewolucja sposobu myślenia o kompozycjach – powoduje, że obie płyty dzieli naprawdę sporo.
Wracając do kwestii „konkretu” w tej muzyce, zależy, z jakiej perspektywy spojrzeć: bo faktycznie, krążek nie jest tak zwarty jak poprzedni „Lost Ghosts” (który i tak, jak wspomniałem, wykazywał zdecydowanie większe ciągoty w stronę psychodelii, niż debiut). Z drugiej strony, paradoksalnie, tego konkretu może być tutaj nawet więcej, niż wcześniej, bo upchany jest na stosunkowo niewielkiej powierzchni czasowej, długimi momentami ustępując miejsca wycieczkom, które wyjęte z kontekstu całości mogłyby być w zasadzie uznane za darkjazzowe (vide: intro „Chase”). Generalnie więcej tutaj saksofonu, a przede wszystkim klawiszy. Do tego dochodzą odważniejsze, niż wcześniej wokalizy, które dostały więcej miejsca i większą ekspozycję, niż do tej pory, głównie z tego powodu, że pod względem instrumentalnym to na pewno nie jest rozkrzyczana płyta. Wszystko to sprawia, że Red Scalp latają dzisiaj jeszcze wyżej, niż na „Lost Ghosts”. „The Great Chase...” to nagranie bardzo spójne brzmieniowo, co może dziwić o tyle, że poszczególne składowe tych piosenek – kotłowanina gitar jak z „Darkness Come Alive” Doomriders w dalszej części „Chase”, wędrówki po kosmosie, przywołujące na myśl Szwedów z Asteroid, w „Sacred Space”, wspomniane darkjazzowe smaczki, czy najmocniej nawiązujący do poprzednich płyt Red Scalp, motoryczny „Motherload” – w teorii są od siebie dość mocno oddalone. A jednak to działa, co więcej: faktycznie wydaje się, że to najdojrzalszy dotychczas krążek zespołu. Czy najlepszy? Ja stawiam go na równi z „Lost Ghosts”. Gdyby Betelgeza miała swoją Eurowizję, a na niej numery takie, jak np. „Sacred Space”, to może by nie wybuchła. O wielu zespołach mówi się: ciekawe, jaki będzie ich kolejny krok, ale niewiele sprawia wrażenie, że rzeczywiście może pójść dokądkolwiek. Red Scalp zaliczyłbym do tego właśnie wąskiego grona.
Adam Gościniak