powrót do listy
powrót do listy
2020-03-17

Metal Hammer 3/2020
Ozzy Osbourne, Ceti, Ihsahn, Annihilator, Neil Peart, Bombus, Dio, My Dying Bride, Banisher, Fit For An Autopsy, Jaz Coleman, Dark Fortress, Delain, Deivos, Hideous Divinity, TSA Michalski Niekrasz Kapłon, Wishbone Ash, Red Scalp
SPIS TREŚCI
Zgrzyt 3
Hard Fax 4
Ozzy Osbourne 8
Bombus 12
Dio 14
My Dying Bride 18
Banisher 20
Fit For An Autopsy 22
Jaz Coleman 24
Dark Fortress 26
Delain 28
Deivos 30
Hideous Divinity 32
Na Zachód Od Metalu 34
Ceti 73
Ihsahn 69
Annihilator 67
Neil Peart 65
TSA Michalski Niekrasz Kapłon 63
Wishbone Ash 61
Red Scalp 59
Album Miesiąca 55
Recenzje 54
Epicentrum 49
Za Progiem 47
Zafoceni 46
Odgruzowani 45
Die Young 43
ZGRZYT
Kończy się pewna epoka...
… zdałem sobie z tego sprawę bardziej niż kiedykolwiek podczas pracy nad marcowym wydaniem Metal Hammera. Otóż, gdy miesiąc temu oddawałem numer do druku dotarły do mnie wieści o śmierci Neila Pearta. Tymczasem dziś odszedł od nas Romuald Lipko... Można nie lubić Budki Suflera ale nie można nie doceniać potężnego wkładu jaki ten zespół wniósł w naszą muzyczną scenę. Jednym z moich ulubionych utworów Budki jest „Czas Ołowiu” - jakże inaczej wybrzmiewa on dziś w moich głośnikach, w obliczu śmierci autora nabrał zupełnie innego wymiaru...
Z okładki spogląda na nas Ozzy Osbourne, który kilka tygodni temu ogłosił, że choruje na Parkinsona. W świetle tego wyznania jego nowa płyta jest prawdopopdobnie jego ostatnią. To też znak czasu, zapowiadający koniec epoki rockowych legend. W tym numerze tego wrażenia dopełnia jeszcze wywiad: z Wendy Dio – wdowie po Ronniem Jamesie Dio. To już 10 lat odkąd nie ma go z nami.
Darek Świtała
… zdałem sobie z tego sprawę bardziej niż kiedykolwiek podczas pracy nad marcowym wydaniem Metal Hammera. Otóż, gdy miesiąc temu oddawałem numer do druku dotarły do mnie wieści o śmierci Neila Pearta. Tymczasem dziś odszedł od nas Romuald Lipko... Można nie lubić Budki Suflera ale nie można nie doceniać potężnego wkładu jaki ten zespół wniósł w naszą muzyczną scenę. Jednym z moich ulubionych utworów Budki jest „Czas Ołowiu” - jakże inaczej wybrzmiewa on dziś w moich głośnikach, w obliczu śmierci autora nabrał zupełnie innego wymiaru...
Z okładki spogląda na nas Ozzy Osbourne, który kilka tygodni temu ogłosił, że choruje na Parkinsona. W świetle tego wyznania jego nowa płyta jest prawdopopdobnie jego ostatnią. To też znak czasu, zapowiadający koniec epoki rockowych legend. W tym numerze tego wrażenia dopełnia jeszcze wywiad: z Wendy Dio – wdowie po Ronniem Jamesie Dio. To już 10 lat odkąd nie ma go z nami.
Darek Świtała
ALBUM MIESIĄCA
DOOL
Summerland
(Prophecy Productions)
Porównania obu zespołów z Rotterdamu – GOLD i Dool – do The Devil’s Blood zrobiły się już nudne, zwłaszcza, że wraz z upływem czasu wspomniane kapele zyskują coraz więcej własnej tożsamości i odchodzą od pół-piosenkowego, pół-psychodelicznego fundamentu zbudowanego przez TDB. Ta ewolucja może zaskakiwać (i cieszyć) zwłaszcza w przypadku twórców „Summerland”, bo o ile GOLD zawsze byli postrzegani jako eksperymentatorzy, tak debiut Dool, „Here Now, There Then”, nie mógł uniknąć zestawiania w jednym rzędzie z płytami zespołu-matki. Nie chciałbym być źle zrozumiany, bo to był świetny krążek, rzecz w tym, że dość oczywisty w tej swojej goth-rockowej nośności uzupełnionej kilkoma bardziej zawiłymi instrumentalnymi momentami. Także ep-ka „Love Like Blood” (której szkielet stanowił rzecz jasna cover Killing Joke), chociaż marnie sprawdzała się w roli materiału poglądowego i okna na przyszłe ruchy zespołu, nawet w najśmielszych przypuszczeniach nie pozwalała myśleć, by kolejna płyta miała być tak odmienna od debiutu. Tymczasem „Summerland” trochę zamazuje obraz Dool jako kapeli raczej zachowawczej, bazującej na tym, co muzycy robili we wcześniejszych wcieleniach.
Przede wszystkim zwolnili, uspokoili się, wpuścili w te piosenki więcej przestrzeni. „Here Now, There Then”, choć szalenie przebojowa, paradoksalnie nie była oparta na riffach, bardziej na atmosferze. Takie podejście przeważa także na nowej płycie, tyle że wybrzmiewa nawet wyraźniej i pełniej. Kiedy czytałem zapowiedzi o inspiracji post rockiem i muzyką Wschodu, byłem pewien, że przekombinowali. Nie przekombinowali, ale faktycznie, komuś nastawionemu na kontynuację debiutu w prostej linii może być ciężko dostroić się do leniwej, sennej atmosfery „Summerland”. To dalej jest ten sam zespół, słychać to w pracy sekcji, czy w wyczuciu melodii, jakie dane jest niewielu. Rzecz w tym, że dzisiaj Dool nie dążą do celu najprostszymi środkami, cel jest w ogóle niewidoczny, co jakiś czas widać jego fragment, nic więcej. Zupełnie jak na okładce – chmury, chmury, mgła, zamek we mgle. I znowu chmury. Otóż ten zamek jest tutaj nieistotny. „Summerland” to płyta momentów, głośnych, doniosłych, właściwie heavymetalowych momentów, jak w „God Particle” czy „A Glass Forest”. Wyłaniających się spośród psychodelicznego plumkania, post-punkowej mantry, ornamentów o wschodnim zabarwieniu. Dool dokonali wielkiej rzeczy, bo zupełnie przesunęli akcenty, nagrali płytę dojrzalszą, unikającą efekciarskiego szafowania nośnymi motywami, a zarazem równie przebojową, co „Here Now, There Then”. I zachowującą ze wspomnianym debiutem pewną ciągłość. Jasne, w dalszej części nagrania pojawiają się numery typu „Ode To The Future” czy „Be Your Sins”, idące za jasno zarysowanym motywem przewodnim, ale to bardziej relikty z ewolucji, mrugnięcia okiem w stronę debiutu, niż kompozycje mające wpływ na odbiór nowej płyty.
Jeśli podoba wam się ostatnia płyta Tribulation, to „Summerland” także przypadnie wam do gustu, z uwzględnieniem poprawki, że Holendrzy to jednak mniej upakowane, mniej metalowe myślenie o kompozycjach. Ja natomiast obiecuję, że już nigdy w tekście o Dool nie wspomnę ani o GOLD, ani o TDB, ani o innych nazwach. Ta płyta to trochę wybicie się na niezależność. Poradzą sobie sami i tak też trzeba ich postrzegać, jako osobne zjawisko. Bez patrzenia przez pryzmat innych kapel.
Tekst: Adam Gościniak
Summerland
(Prophecy Productions)
Porównania obu zespołów z Rotterdamu – GOLD i Dool – do The Devil’s Blood zrobiły się już nudne, zwłaszcza, że wraz z upływem czasu wspomniane kapele zyskują coraz więcej własnej tożsamości i odchodzą od pół-piosenkowego, pół-psychodelicznego fundamentu zbudowanego przez TDB. Ta ewolucja może zaskakiwać (i cieszyć) zwłaszcza w przypadku twórców „Summerland”, bo o ile GOLD zawsze byli postrzegani jako eksperymentatorzy, tak debiut Dool, „Here Now, There Then”, nie mógł uniknąć zestawiania w jednym rzędzie z płytami zespołu-matki. Nie chciałbym być źle zrozumiany, bo to był świetny krążek, rzecz w tym, że dość oczywisty w tej swojej goth-rockowej nośności uzupełnionej kilkoma bardziej zawiłymi instrumentalnymi momentami. Także ep-ka „Love Like Blood” (której szkielet stanowił rzecz jasna cover Killing Joke), chociaż marnie sprawdzała się w roli materiału poglądowego i okna na przyszłe ruchy zespołu, nawet w najśmielszych przypuszczeniach nie pozwalała myśleć, by kolejna płyta miała być tak odmienna od debiutu. Tymczasem „Summerland” trochę zamazuje obraz Dool jako kapeli raczej zachowawczej, bazującej na tym, co muzycy robili we wcześniejszych wcieleniach.
Przede wszystkim zwolnili, uspokoili się, wpuścili w te piosenki więcej przestrzeni. „Here Now, There Then”, choć szalenie przebojowa, paradoksalnie nie była oparta na riffach, bardziej na atmosferze. Takie podejście przeważa także na nowej płycie, tyle że wybrzmiewa nawet wyraźniej i pełniej. Kiedy czytałem zapowiedzi o inspiracji post rockiem i muzyką Wschodu, byłem pewien, że przekombinowali. Nie przekombinowali, ale faktycznie, komuś nastawionemu na kontynuację debiutu w prostej linii może być ciężko dostroić się do leniwej, sennej atmosfery „Summerland”. To dalej jest ten sam zespół, słychać to w pracy sekcji, czy w wyczuciu melodii, jakie dane jest niewielu. Rzecz w tym, że dzisiaj Dool nie dążą do celu najprostszymi środkami, cel jest w ogóle niewidoczny, co jakiś czas widać jego fragment, nic więcej. Zupełnie jak na okładce – chmury, chmury, mgła, zamek we mgle. I znowu chmury. Otóż ten zamek jest tutaj nieistotny. „Summerland” to płyta momentów, głośnych, doniosłych, właściwie heavymetalowych momentów, jak w „God Particle” czy „A Glass Forest”. Wyłaniających się spośród psychodelicznego plumkania, post-punkowej mantry, ornamentów o wschodnim zabarwieniu. Dool dokonali wielkiej rzeczy, bo zupełnie przesunęli akcenty, nagrali płytę dojrzalszą, unikającą efekciarskiego szafowania nośnymi motywami, a zarazem równie przebojową, co „Here Now, There Then”. I zachowującą ze wspomnianym debiutem pewną ciągłość. Jasne, w dalszej części nagrania pojawiają się numery typu „Ode To The Future” czy „Be Your Sins”, idące za jasno zarysowanym motywem przewodnim, ale to bardziej relikty z ewolucji, mrugnięcia okiem w stronę debiutu, niż kompozycje mające wpływ na odbiór nowej płyty.
Jeśli podoba wam się ostatnia płyta Tribulation, to „Summerland” także przypadnie wam do gustu, z uwzględnieniem poprawki, że Holendrzy to jednak mniej upakowane, mniej metalowe myślenie o kompozycjach. Ja natomiast obiecuję, że już nigdy w tekście o Dool nie wspomnę ani o GOLD, ani o TDB, ani o innych nazwach. Ta płyta to trochę wybicie się na niezależność. Poradzą sobie sami i tak też trzeba ich postrzegać, jako osobne zjawisko. Bez patrzenia przez pryzmat innych kapel.
Tekst: Adam Gościniak