powrót do listy
powrót do listy
2020-04-21

Metal Hammer 4/2020
Nightwish, God Dethroned, Defiled, Faust, Angel Witch, Neolith, Blaze Of Perdition, Thy Catafalque, Foreigner The Dead Goats, Spaceslug, 1one, Body Count, Myrkur, King Dude, Luise Patricia Crane, Pendragon, Believe, Planet Hell
SPIS TREŚCI
Zgrzyt 3
Hard Fax 4
Nightwish 8
God Dethroned 12
Defiled 14
Faust 16
Angel Witch 18
Neolith 20
Blaze Of Perdition 22
Thy Catafalque 24
Foreigner 26
The Dead Goats 28
Spaceslug 30
Trauma 32
Na Zachód Od Metalu 34
1one 73
Body Count 69
Myrkur 67
King Dude 65
Luise Patricia Crane 63
Pendragon 61
Believe 60
Planet Hell 59
Album Miesiąca 55
Recenzje 54
Epicentrum 48
Book Zapłać 47
Zafoceni 45
Die Young 43
ZGRZYT
Czy na okładce nowego wydania nie powinniśmy zamieścić zdjęcia koronawirusa? W ostatnich miesiącach świat przyspieszył a media karmią nas taką ilością informacji na temat szerzącej się epidemii, że trudno za tym wszystkim nadążyć. Dlatego rozsiądźcie się wygodnie i przeczytajcie, co mamy Wam do zaoferowania. Jak zwykle staraliśmy się by było różnorodnie – stąd wywiad z tak docenianym w Polsce Nightwish obok rozmów z King Dude, The Dead Goats, Planet Hell czy Pendragon. Stąd też Foreigner obok Angel Witch i God Dethroned. A jeśli komuś mało to dokładamy rozmowy z dwoma intrygującymi artystkami – Patricią Crane i Amalie Bruun. Do tego oczywiście masa recenzji, nasze stałe rubryki i dwa plakaty do ochrony przed koronawirusem. Nie dajmy się zwariować!
Darek Świtała
Darek Świtała
ALBUM MIESIĄCA
OZZY OSBOURNE
Ordinary Man
(Sony Music)
Po kilku ostatnich płytach Ozzy’ego Osbourne’a nie czekałem na nowy album z niecierpliwością, a tutaj pozytywne zaskoczenie. W przypadku płyty „Ordinary Man” mamy do czynienia z udanym eksperymentem połączenia sił rockowego emeryta ze stosunkowo młodym gitarzystą i producentem Andrew Wattem. Jest on stałym współpracownikiem rapera Post Malone'a, z którym Ozzy nagrał wcześniej utwór „Take What You Want”. Watt ma za sobą jednak również poważny rockowy epizod w efemerycznej supergrupie California Breed u boku Glena Hughesa i Jasona Bohnama, z którą nagrał w 2014 r. również dobry album. Tak więc wbrew pozorom nie był to wybór człowieka z zupełnie innej muzycznej bajki. Odpowiada mi jego styl gry jeszcze z czasów California Breed. Jako gitarzysta umiejętnie łączy współczesne trendy (brud, jazgot i zwięzłość przekazu) z melodyjnym sznytem i brzmieniem osadzonym w realiach lat 70., bez epatowania jednak gitarową pirotechniką. Choć fani Zakka Wylde’a mogą mieć problem z akceptacją jego stylu, to ja już jestem nieco zmęczony gitarową maestrią i pirotechniką zanurzoną w odmętach lat 80.. Niezawodna sekcja rytmiczna również jest bliższa hardrockowej niż metalowej estetyce, a zarówno pałker „Red Hotów” Chad Smith jak i basista „Gunsów” Duff McKagan dokładnie wiedzą kiedy i jak należy przyłoić, a kiedy odpuścić. Ozzy Osbourne to najbardziej rozpoznawalny głos rocka i nawet jeżeli jest już przygłuchy, a na koncertach często fałszuje niemiłosiernie, to nawet przy sporej liczbie pogłosów modulacji i innych zabiegów studyjnych, które tu słychać, jest wciąż niepodrabialny. Kompozycyjnie i brzmieniowo nowa płyta nawiązuje silniej do stylistyki macierzystej formacji Black Sabbath, niż solowych dokonań Ozzy’go. Mamy też dyskretne nawiązanie do sabbathowej przeszłości - wywrzeszczane „all right now” w otwierającym płytę „Straight to Hell”, podobnie jak w „Sweet Leaf” z „Master of Reality”. Inspirację „Iron Man” słychać w utworze „Goodbye”, a harmonijka i basowy riff w „Eat Me” ma również bliskie sabbathowe konotacje. Ale to jest raczej sympatyczne puszczanie oka do fanów niż natrętne kopiowanie gotowych rozwiązań. W przypadku „Ordinary Man” zwraca uwagę bardziej refleksyjny i osobisty nastrój, który przenika album. Tytułowa kompozycja jest wprawdzie apoteozą delikatnie przesłodzonego beatlesowskiego hitu. Taka musicalowa romantyczna ballada podbita obowiązkowymi smykami oraz zamaszystym solem Slasha w stylu „November Rain”. Nieprzypadkowy udział Eltona Johna w tym utworze, sprawia, że całość jest jakby bliższa jego stylistyce. Mniej patetycznie wypada ballada „Holy for Tonight” wzbogacona kobiecymi chórkami.
Jednak najlepiej wypadają te utwory, w których fragmenty refleksyjne łączą się z odpowiednią dawką rockowego przyłojenia i zmianami tempa. Tak jest w „All My Life”, singlowym „Under the Graveyard”, „Today is the End”, czy „Scary Little Green Man”, w których łagodniejsze zwrotki przeplatają się z mocniejszym uderzeniem w refrenie, często o prawie punkowej intensywności. Album cechuje wysoki poziom melodyjności, a proste refreny skutecznie osadzają się w głowie po kilku przesłuchaniach. Całość jest porządnie i energetycznie zagrana, zaśpiewana oraz zaaranżowana, a ozdobniki w postaci chórków, czy instrumentów klawiszowych stosowane z umiarem nawiązują do brzmień, które Don Airey wyczarowywał na pierwszych solowych płytach Ozzy'ego. Zaletą jest również brak utworów ewidentnie słabych. Choć koncepcyjnie całość psuje końcówka płyty, a mianowicie połączenie szybkiego punkowego i przesterowanego „Its a Raid” z dodanym trochę na siłę duetem z Post Malonem w „Take What You Want”. Zabieg o tyle kontrowersyjny, że oba utwory nie mieszczą się do końca w stylistyce i brzmieniu płyty, jak również zupełnie nie pasują do siebie. Gościnnie Elton John, Slash, Tom Morello, oraz Post Malone. Płyta poradziłaby sobie równie dobrze bez nich, ale na pewno przekaz marketingowy i emocjonalny jest silniejszy, a ostatecznie całości nie psuje. Koniec końców Ozzy Osbourne wydał ponadprzeciętnie dobry album, a Andrew Watt podobno pracuje już nad nowymi kompozycjami, co dobrze wróży na przyszłość. Tak więc trzymajmy kciuki za zdrowie Księcia Ciemności.
Tomasz Kudelski
Ordinary Man
(Sony Music)
Po kilku ostatnich płytach Ozzy’ego Osbourne’a nie czekałem na nowy album z niecierpliwością, a tutaj pozytywne zaskoczenie. W przypadku płyty „Ordinary Man” mamy do czynienia z udanym eksperymentem połączenia sił rockowego emeryta ze stosunkowo młodym gitarzystą i producentem Andrew Wattem. Jest on stałym współpracownikiem rapera Post Malone'a, z którym Ozzy nagrał wcześniej utwór „Take What You Want”. Watt ma za sobą jednak również poważny rockowy epizod w efemerycznej supergrupie California Breed u boku Glena Hughesa i Jasona Bohnama, z którą nagrał w 2014 r. również dobry album. Tak więc wbrew pozorom nie był to wybór człowieka z zupełnie innej muzycznej bajki. Odpowiada mi jego styl gry jeszcze z czasów California Breed. Jako gitarzysta umiejętnie łączy współczesne trendy (brud, jazgot i zwięzłość przekazu) z melodyjnym sznytem i brzmieniem osadzonym w realiach lat 70., bez epatowania jednak gitarową pirotechniką. Choć fani Zakka Wylde’a mogą mieć problem z akceptacją jego stylu, to ja już jestem nieco zmęczony gitarową maestrią i pirotechniką zanurzoną w odmętach lat 80.. Niezawodna sekcja rytmiczna również jest bliższa hardrockowej niż metalowej estetyce, a zarówno pałker „Red Hotów” Chad Smith jak i basista „Gunsów” Duff McKagan dokładnie wiedzą kiedy i jak należy przyłoić, a kiedy odpuścić. Ozzy Osbourne to najbardziej rozpoznawalny głos rocka i nawet jeżeli jest już przygłuchy, a na koncertach często fałszuje niemiłosiernie, to nawet przy sporej liczbie pogłosów modulacji i innych zabiegów studyjnych, które tu słychać, jest wciąż niepodrabialny. Kompozycyjnie i brzmieniowo nowa płyta nawiązuje silniej do stylistyki macierzystej formacji Black Sabbath, niż solowych dokonań Ozzy’go. Mamy też dyskretne nawiązanie do sabbathowej przeszłości - wywrzeszczane „all right now” w otwierającym płytę „Straight to Hell”, podobnie jak w „Sweet Leaf” z „Master of Reality”. Inspirację „Iron Man” słychać w utworze „Goodbye”, a harmonijka i basowy riff w „Eat Me” ma również bliskie sabbathowe konotacje. Ale to jest raczej sympatyczne puszczanie oka do fanów niż natrętne kopiowanie gotowych rozwiązań. W przypadku „Ordinary Man” zwraca uwagę bardziej refleksyjny i osobisty nastrój, który przenika album. Tytułowa kompozycja jest wprawdzie apoteozą delikatnie przesłodzonego beatlesowskiego hitu. Taka musicalowa romantyczna ballada podbita obowiązkowymi smykami oraz zamaszystym solem Slasha w stylu „November Rain”. Nieprzypadkowy udział Eltona Johna w tym utworze, sprawia, że całość jest jakby bliższa jego stylistyce. Mniej patetycznie wypada ballada „Holy for Tonight” wzbogacona kobiecymi chórkami.
Jednak najlepiej wypadają te utwory, w których fragmenty refleksyjne łączą się z odpowiednią dawką rockowego przyłojenia i zmianami tempa. Tak jest w „All My Life”, singlowym „Under the Graveyard”, „Today is the End”, czy „Scary Little Green Man”, w których łagodniejsze zwrotki przeplatają się z mocniejszym uderzeniem w refrenie, często o prawie punkowej intensywności. Album cechuje wysoki poziom melodyjności, a proste refreny skutecznie osadzają się w głowie po kilku przesłuchaniach. Całość jest porządnie i energetycznie zagrana, zaśpiewana oraz zaaranżowana, a ozdobniki w postaci chórków, czy instrumentów klawiszowych stosowane z umiarem nawiązują do brzmień, które Don Airey wyczarowywał na pierwszych solowych płytach Ozzy'ego. Zaletą jest również brak utworów ewidentnie słabych. Choć koncepcyjnie całość psuje końcówka płyty, a mianowicie połączenie szybkiego punkowego i przesterowanego „Its a Raid” z dodanym trochę na siłę duetem z Post Malonem w „Take What You Want”. Zabieg o tyle kontrowersyjny, że oba utwory nie mieszczą się do końca w stylistyce i brzmieniu płyty, jak również zupełnie nie pasują do siebie. Gościnnie Elton John, Slash, Tom Morello, oraz Post Malone. Płyta poradziłaby sobie równie dobrze bez nich, ale na pewno przekaz marketingowy i emocjonalny jest silniejszy, a ostatecznie całości nie psuje. Koniec końców Ozzy Osbourne wydał ponadprzeciętnie dobry album, a Andrew Watt podobno pracuje już nad nowymi kompozycjami, co dobrze wróży na przyszłość. Tak więc trzymajmy kciuki za zdrowie Księcia Ciemności.
Tomasz Kudelski