powrót do listy
powrót do listy
2019-07-23

Metal Hammer 7/2019
KAT, Corrosion Of Conformity, The Gathering, Mord A Stigmata, Idle Hands, Hammerfall, Luca Turilli, Michael Schenker Fest, Turin Turambar, Sabaton, Therion, Lvcifyre, Baroness, Entombed, Black River, Soto, Full Force Festival, Deus Mortem
Darek Świtała
SPIS TREŚCI
Zgrzyt 3
Hard Fax 4
KAT 8
Corrosion Of Conformity 14
The Gathering 16
Mord A Stigmata 18
Idle Hands 20
Hammerfall 22
Luca Turilli 24
Michael Schenker Fest 26
Full Of Hell 30
Turin Turambar 32
Na Zachód Od Metalu 34
Sabaton 73
Therion 69
Lvcifyre 67
Baroness 65
Entombed 63
Earth 61
Black River 59
Album Miesiąca 58
Epicentrum 51
Book Zapłać 50
90 Z 90. 49
Soto 48
Full Force Festival 47
Deus Mortem 46
Die Young 43
ZGRZYT
Przyznam otwarcie, że nie jestem wielkim fanem płyty „Mind Cannibals”, może dlatego, że wydawała mi się zawsze zbyt odhumanizowana, pozbawiona muzycznego życia, jakiejś dźwiękowej prawdy. Dlatego z rezerwą podchodziłem do najnowszej propozycji KAT, nie przekonał mnie nawet dość wyzywający tytuł „Without Looking Back”. Tymczasem okazało się, że KAT naprawdę nie patrzy w przeszłość, a na nowej płycie prezentuje nam muzykę, która mu w duszy gra. To nie jest album, który można poznać i ocenić po pierwszym przesłuchaniu; bardzo wiele tu ciekawych aranży, ukrytych pośród głównych riffów gitarowych smaczków i ciekawych (wręcz progresywnych) melodii. Duża w tym zasługa Piotra Luczyka, który podczas produkcji płyty zadbał zapewne o każdy szczegół, a swoją grą udowadnia niezbicie, że zasługuje na miano gitarowej legendy. Zresztą nie piszę nic więcej: odsyłam do obszernego wywiadu z Luczykiem.
Przed nami wakacje; dlatego ten lipcowy numer Metal Hammera jest bardziej obszerny niż zwykle i liczę na to, że każdy znajdzie w nim coś dla siebie; wywiady z Sabaton, The Gathering, Hammerfall, Michaelem Schnkerem, Deus Mortem, Entombed, Baroness, ale też z obiecującymi debiutantami z Idle Hands to jest coś, co musicie koniecznie przeczytać. I wiele więcej!
Udanych wakacji!
Przed nami wakacje; dlatego ten lipcowy numer Metal Hammera jest bardziej obszerny niż zwykle i liczę na to, że każdy znajdzie w nim coś dla siebie; wywiady z Sabaton, The Gathering, Hammerfall, Michaelem Schnkerem, Deus Mortem, Entombed, Baroness, ale też z obiecującymi debiutantami z Idle Hands to jest coś, co musicie koniecznie przeczytać. I wiele więcej!
Udanych wakacji!
Darek Świtała
ALBUM MIESIĄCA
RAMMSTEIN
RAMMSTEIN
(Universal)
Przy pierwszym kontakcie z tym materiałem, odniosłem – zupełnie niesłuszne – wrażenie, że single, które Niemcy puścili przed premierą, to były najwyższe karty w całej talii, że opowiedzieli wszystko, co najważniejsze, zanim tak naprawdę dotarli do sedna.
Nawet prozaiczny fakt, że „Deutschland” i „Radio” stanowią dwie pierwsze pozycje na liście, mógłby wskazywać, że z tego miejsca aż do końca ciągnie się już równia pochyła. Paradoksalnie – ze względu na kontekst – na taki hipotetyczny stan rzeczy nikt nie mógłby narzekać, nikt nie pomstowałby, gdyby ta płyta okazała się kolejną „Liebe ist für alle da”, że tak to ujmę. Czyli krążkiem poprawnym, podsycającym ogień zainteresowania zespołem tymi dwoma czy trzema singlami, które na dłuższy czas przebiłyby się do koncertowej setlisty, ale ostatecznie rzeczą, jako całość, nie do końca przekonującą. Mogę jednak w tym miejscu stwierdzić, że to jest materiał lepszy i równiejszy, na pewno lepiej przemyślany (co naturalne), niż poprzednik.
O singlach powiedziano już wiele, dodam więc tylko, że faktycznie okazały się być reprezentatywną próbą dla całej płyty: to Rammstein raczej zachowawczy, niż próbujący nowego, jednocześnie jednak ta zachowawczość jest bardzo smaczna i podana w taki sposób, że absolutnie nie sposób wołać o więcej eksperymentów. Brzmieniowo Niemcy nie zatrzymali się w poprzedniej dekadzie, ten krążek po prostu „żre”: czy to dzięki odświeżonym, tłustszym gitarom, mocniej zaakcentowanemu użyciu elektroniki, czy interesującym zabiegom z chórem. Można powiedzieć, że to stara formuła ubrana w nowy mundurek. Najważniejsze są jednak kompozycje, to dzięki nim możemy mówić o detalach z przekonaniem, że w ogóle warto tę płytę rozkładać na czynniki pierwsze. Czy to „Auslander”, z dość nieoczywistym jak na taki przebój refrenem, czy zdecydowanie najbrudniejszy na „Rammstein” numer – prowadzony specyficznym, charyzmatycznym storytellingiem Lindemanna „Puppe” – czy wreszcie „Weit Weg”, podszyty syntezatorowym sznytem, strukturalnie jeden z ciekawszych numerów; wszystkie one mają szansę zostać zapamiętane na dłużej, nie tylko do czasu wydania kolejnej płyty. Faktem jest, że druga część materiału nie dotrzymuje tempa jej początkowi, a zbytnie uproszczenie tych piosenek skutkuje wrażeniem, że nie dzieje się tam prawie nic. Ostatecznie jednak nie jest to mankament, który byłby w stanie przesłonić ogólną pozytywną ocenę. Jak wspomniałem, jestem przekonany, że to album lepszy od poprzednika.
Nie jest to chyba płyta, która stanie się nowym klasykiem. Nie jest kopalnią przebojów, jaką była chociażby „Mutter”, nie cieszy tak spójną, swoistą atmosferą, jak „Reise, Reise”. Z perspektywy czasu nie będzie wymieniana wśród tych absolutnie najlepszych w dyskografii Niemców – pod względem klasy umiejscowiłbym ją gdzieś poniżej wspomnianej „Reise, Reise”, a nad ostatnią „Liebe ist für alle da” – co nie zmienia faktu, że po prostu trzeba określić „Rammstein” udanym powrotem. Oczywiście po części jest to „winą” kontekstu i dziesięcioletniej ciszy, z drugiej jednak strony, te okoliczności niekoniecznie musiały zadziałać na korzyść zespołu. Popatrzmy bowiem w ten sposób: narastały oczekiwania, ba – oni sami umiejętnie je podsycali, ostatecznie jednak zdołali tym oczekiwaniom sprostać. A nie wiem, czy którejkolwiek wcześniejszej płyty Rammstein wyglądano równie niecierpliwie. To chyba najlepsza rekomendacja.
Adam Gościniak
RAMMSTEIN
(Universal)
Przy pierwszym kontakcie z tym materiałem, odniosłem – zupełnie niesłuszne – wrażenie, że single, które Niemcy puścili przed premierą, to były najwyższe karty w całej talii, że opowiedzieli wszystko, co najważniejsze, zanim tak naprawdę dotarli do sedna.
Nawet prozaiczny fakt, że „Deutschland” i „Radio” stanowią dwie pierwsze pozycje na liście, mógłby wskazywać, że z tego miejsca aż do końca ciągnie się już równia pochyła. Paradoksalnie – ze względu na kontekst – na taki hipotetyczny stan rzeczy nikt nie mógłby narzekać, nikt nie pomstowałby, gdyby ta płyta okazała się kolejną „Liebe ist für alle da”, że tak to ujmę. Czyli krążkiem poprawnym, podsycającym ogień zainteresowania zespołem tymi dwoma czy trzema singlami, które na dłuższy czas przebiłyby się do koncertowej setlisty, ale ostatecznie rzeczą, jako całość, nie do końca przekonującą. Mogę jednak w tym miejscu stwierdzić, że to jest materiał lepszy i równiejszy, na pewno lepiej przemyślany (co naturalne), niż poprzednik.
O singlach powiedziano już wiele, dodam więc tylko, że faktycznie okazały się być reprezentatywną próbą dla całej płyty: to Rammstein raczej zachowawczy, niż próbujący nowego, jednocześnie jednak ta zachowawczość jest bardzo smaczna i podana w taki sposób, że absolutnie nie sposób wołać o więcej eksperymentów. Brzmieniowo Niemcy nie zatrzymali się w poprzedniej dekadzie, ten krążek po prostu „żre”: czy to dzięki odświeżonym, tłustszym gitarom, mocniej zaakcentowanemu użyciu elektroniki, czy interesującym zabiegom z chórem. Można powiedzieć, że to stara formuła ubrana w nowy mundurek. Najważniejsze są jednak kompozycje, to dzięki nim możemy mówić o detalach z przekonaniem, że w ogóle warto tę płytę rozkładać na czynniki pierwsze. Czy to „Auslander”, z dość nieoczywistym jak na taki przebój refrenem, czy zdecydowanie najbrudniejszy na „Rammstein” numer – prowadzony specyficznym, charyzmatycznym storytellingiem Lindemanna „Puppe” – czy wreszcie „Weit Weg”, podszyty syntezatorowym sznytem, strukturalnie jeden z ciekawszych numerów; wszystkie one mają szansę zostać zapamiętane na dłużej, nie tylko do czasu wydania kolejnej płyty. Faktem jest, że druga część materiału nie dotrzymuje tempa jej początkowi, a zbytnie uproszczenie tych piosenek skutkuje wrażeniem, że nie dzieje się tam prawie nic. Ostatecznie jednak nie jest to mankament, który byłby w stanie przesłonić ogólną pozytywną ocenę. Jak wspomniałem, jestem przekonany, że to album lepszy od poprzednika.
Nie jest to chyba płyta, która stanie się nowym klasykiem. Nie jest kopalnią przebojów, jaką była chociażby „Mutter”, nie cieszy tak spójną, swoistą atmosferą, jak „Reise, Reise”. Z perspektywy czasu nie będzie wymieniana wśród tych absolutnie najlepszych w dyskografii Niemców – pod względem klasy umiejscowiłbym ją gdzieś poniżej wspomnianej „Reise, Reise”, a nad ostatnią „Liebe ist für alle da” – co nie zmienia faktu, że po prostu trzeba określić „Rammstein” udanym powrotem. Oczywiście po części jest to „winą” kontekstu i dziesięcioletniej ciszy, z drugiej jednak strony, te okoliczności niekoniecznie musiały zadziałać na korzyść zespołu. Popatrzmy bowiem w ten sposób: narastały oczekiwania, ba – oni sami umiejętnie je podsycali, ostatecznie jednak zdołali tym oczekiwaniom sprostać. A nie wiem, czy którejkolwiek wcześniejszej płyty Rammstein wyglądano równie niecierpliwie. To chyba najlepsza rekomendacja.
Adam Gościniak