powrót do listy
powrót do listy
2019-08-20

Metal Hammer 8/2019
Abbath, Imperator, Possessed, Demons & Wizards, Nocturnus AD, Killswitch Engage, Axel Rudi Pell, Kenny Wayne Shepherd, Thenighttimeproject, Lacrimas Profundere, Sunn O))), Halestorm
SPIS TREŚCI
Hard Fax 3
Abbath 8
Imperator 12
Possessed 14
Demons & Wizards 16
Nocturnus Ad 18
Killswitch Engage 20
Axel Rudi Pell 22
Black Throne Halo 23
Kenny Wayne Shepherd 24
Pelican 26
Bullet 28
Thenighttimeproject 29
Kingdom 30
Lacrimas Profundere 32
Na Zachód Od Metalu 34
Skøv 43
Studio Raport: Destruction 45
Sunn O))) 46
Gold 48
Halestorm 50
Brutus 52
Freedom Call 54
Wasio 56
Album Miesiąca 57
Recenzje 58
Book Zapłać 64
Za Progiem 65
Epicentrum 66
90 Z 90 67
Zafoceni 68
Odgruzowani 70
Live 71
Die Young 74
ZGRZYT
Ciekawe, że aktualnie black metal ma tak wiele do zaoferowania. Po latach artystycznych mielizn zaczęły pojawiać się płyty, które intrygują a ich brzmienie, selektywne i potężne zarazem, może konkurować z najlepszymi obecnie produkcjami hip-hopowymi czy popowymi. Najnowszy album Abbath - „Outstrider” jest po prostu oszałamiający i nawet ci, którzy na co dzień sceptycznie podchodzą do takiego grania powinni się z nim zapoznać. Majstersztyk!
W numerze przyglądamy się także nowym produkcjom Possessed, Pelican, Killswitch Engage, Kingdom czy Freedom Call, odwiedzamy w studiu Destruction i przypominamy historię Demons & Wizards, grupy, która powraca do życia po bez mała dwóch dekadach. Z nieco innej muzycznej bajki są z kolei wywiady z Gold (tak, sprawdzcie koniecznie ten zespół), Lacrimas Profundere i Sunn O – ale do tego, że sięgamy wszędzie tam gdzie jest po prostu dobra muzyka, zdążyliśmy już Was chyba przyzywczaić?
Darek Świtała
W numerze przyglądamy się także nowym produkcjom Possessed, Pelican, Killswitch Engage, Kingdom czy Freedom Call, odwiedzamy w studiu Destruction i przypominamy historię Demons & Wizards, grupy, która powraca do życia po bez mała dwóch dekadach. Z nieco innej muzycznej bajki są z kolei wywiady z Gold (tak, sprawdzcie koniecznie ten zespół), Lacrimas Profundere i Sunn O – ale do tego, że sięgamy wszędzie tam gdzie jest po prostu dobra muzyka, zdążyliśmy już Was chyba przyzywczaić?
Darek Świtała
ALBUM MIESIĄCA
IDLE HANDS
Mana
(Eisenwald)
Scena nie znosi próżni, zawsze musi być więc ktoś, kto, pojawiając się znikąd, porwie i zauroczy nawet tych, którzy w normalnych okolicznościach pewnie nie zwróciliby na podobne gatunkowo rzeczy uwagi. Ciężko stwierdzić, gdzie kończy się nakręcany szum, a zaczyna faktyczna wyjątkowość danego zespołu i trudno obliczyć, czy za rok ktokolwiek będzie jeszcze o danym zjawisku pamiętał; czy określona estetyka się widowni nie przeje, albo czy nie zabraknie pomysłów na wymyślanie siebie na nowo. Ciężko o pewność, ale w przypadku Idle Hands jestem niemalże przekonany – grupa z Portland ma w garści wszelkie karty, by grać w coraz większych salach, nagrywać kolejne świetne płyty i rosnąć w świadomości słuchacza. Głośno zrobiło się o nich dzięki ep-ce „Don't Waste Your Time”, a wydany niedawno debiutancki długograj tylko przedłuża pierwsze, dobre wrażenie, i przekonuje, że to raczej nie będzie efemeryda. „Mana” to przede wszystkim dalsze rzeźbienie w atmosferze, którą zarysowała ep-ka, jednocześnie jednak jest świadectwem wielkiego piosenkowego potencjału tej kapeli i... jakiegoś takiego pozytywnego stylistycznego niezdecydowania, bo chociaż bez problemu można wydestylować z muzyki Idle Hands poszczególne inspiracje i wpływy, to są one na tyle liczne, na tyle umiejętnie i ze smakiem zmieszane, że paradoksalnie składają się na ich własne, specyficzne brzmienie. Grupa zwiedza podobne rejony do tych eksplorowanych parę lat temu przez In Solitude czy Beastmilk, albo Tribulation na ostatniej płycie. Ni to heavy, ni nowa fala, ni gotyk. Post-punkowy sznyt wnoszą przede wszystkim wokale Gabriela Franco, osadzone, można by rzec, w absolutnej klasyce gatunku. Muzycznie to cztero-/pięciominutowe strzały, konkretne i zwarte, zarazem jednak pełne gotyckiego patosu i melancholii, świetnych melodii i refrenów. Chciałoby się napisać, że to umiejętna, klasowa zabawa kliszami, bo nie brak tutaj totalnych gatunkowych stereotypów – patrz: tekst „Dragon, Why Do You Cry?” – ale tego rodzaju określenia przeznaczone są raczej dla artystów, którzy przychodzą z inną wrażliwością, z innym doświadczeniem, i czerpią z danego gatunku to, co jest im potrzebne, z chłodną głową i bez bagażu emocjonalnego. Tutaj sytuacja jest odmienna; Franco wierzy w to, co gra, to jest dla niego coś więcej, niż klisza. Bardzo umiejętnie składa te swoje inspiracje w jedno, ale istotę sukcesu „Mana” stanowi fakt, że on w te piosenki wierzy.
Adam Gościniak
Mana
(Eisenwald)
Scena nie znosi próżni, zawsze musi być więc ktoś, kto, pojawiając się znikąd, porwie i zauroczy nawet tych, którzy w normalnych okolicznościach pewnie nie zwróciliby na podobne gatunkowo rzeczy uwagi. Ciężko stwierdzić, gdzie kończy się nakręcany szum, a zaczyna faktyczna wyjątkowość danego zespołu i trudno obliczyć, czy za rok ktokolwiek będzie jeszcze o danym zjawisku pamiętał; czy określona estetyka się widowni nie przeje, albo czy nie zabraknie pomysłów na wymyślanie siebie na nowo. Ciężko o pewność, ale w przypadku Idle Hands jestem niemalże przekonany – grupa z Portland ma w garści wszelkie karty, by grać w coraz większych salach, nagrywać kolejne świetne płyty i rosnąć w świadomości słuchacza. Głośno zrobiło się o nich dzięki ep-ce „Don't Waste Your Time”, a wydany niedawno debiutancki długograj tylko przedłuża pierwsze, dobre wrażenie, i przekonuje, że to raczej nie będzie efemeryda. „Mana” to przede wszystkim dalsze rzeźbienie w atmosferze, którą zarysowała ep-ka, jednocześnie jednak jest świadectwem wielkiego piosenkowego potencjału tej kapeli i... jakiegoś takiego pozytywnego stylistycznego niezdecydowania, bo chociaż bez problemu można wydestylować z muzyki Idle Hands poszczególne inspiracje i wpływy, to są one na tyle liczne, na tyle umiejętnie i ze smakiem zmieszane, że paradoksalnie składają się na ich własne, specyficzne brzmienie. Grupa zwiedza podobne rejony do tych eksplorowanych parę lat temu przez In Solitude czy Beastmilk, albo Tribulation na ostatniej płycie. Ni to heavy, ni nowa fala, ni gotyk. Post-punkowy sznyt wnoszą przede wszystkim wokale Gabriela Franco, osadzone, można by rzec, w absolutnej klasyce gatunku. Muzycznie to cztero-/pięciominutowe strzały, konkretne i zwarte, zarazem jednak pełne gotyckiego patosu i melancholii, świetnych melodii i refrenów. Chciałoby się napisać, że to umiejętna, klasowa zabawa kliszami, bo nie brak tutaj totalnych gatunkowych stereotypów – patrz: tekst „Dragon, Why Do You Cry?” – ale tego rodzaju określenia przeznaczone są raczej dla artystów, którzy przychodzą z inną wrażliwością, z innym doświadczeniem, i czerpią z danego gatunku to, co jest im potrzebne, z chłodną głową i bez bagażu emocjonalnego. Tutaj sytuacja jest odmienna; Franco wierzy w to, co gra, to jest dla niego coś więcej, niż klisza. Bardzo umiejętnie składa te swoje inspiracje w jedno, ale istotę sukcesu „Mana” stanowi fakt, że on w te piosenki wierzy.
Adam Gościniak