
Metal Hammer 9/2020
SPIS TREŚCI
Zgrzyt 3
Hard Fax 4
Napalm Death 8
Dee Snider 12
Primal Fear 14
Lucy Burns 18
Ropień 19
Pain Of Salvation 20
Kruk 24
Perdition Temple 26
Throneum 28
Sanity Control 30
Na Zachód Od Metalu 32
Blues Pills 69
Destruction 65
Imperial Triumphant 63
16 61
Voivod 59
Hail Spirit Noir 57
Zombi 55
The Pineapple Thief 53
Recenzje 50
Epicentrum 46
Za Progiem 45
Book Zapłać 44
Zafoceni 43
Odgruzowani 42
Die Young 41
ZGRZYT
Środek lata, środek epidemii... a może dopiero początek? Pożyjemy, zobaczymy. Jako redakcja robimy po prostu swoje – czyli zgodnie ze zdrowym rozsądkiem trzymamy dystans i słuchamy dużo muzyki. Bo muzyka, tak jak lektura dobrej książki, naprawdę może zabrać nas w inny świat i pozwolić zapomnieć o tym co tu i teraz. W numerze znajdziecie dwie okładki; nie można było nie docenić tak dobrych – ale jakże różnych - albumów jak nowe wydawnictwa Napalm Death i Blues Pills. Choć na wyróżnienie na okładce równie dobrze zasługuje nowe dzieło Imperial Triumphant. Też polecamy.
Darek Świtała
ALBUM MIESIĄCA
NAPALM DEATH
Throes of Joy In the Jaws of Defeatism
(Century Media)
Dla mnie to niewiarygodne. Niewiarygodne, że historia Napalm Death trwa już prawie od czterech dekad. Tak, od pieprzonych czter-dzies-tu lat! Jeśli jeszcze nie dociera do was, jakiej skali to osiągnięcie, to przypominam, że kariera Judas Priest jest dłuższa o zaledwie dekadę z kawałkiem, a Iron Maiden – o jedynie sześć lat. I podczas gdy ci nobliwi klasycy brytyjskiego heavy metalu sprawiają dziś wrażenie dobrze zakonserwowanych, ale jednak eksponatów muzealnych, to w trzewiach Napalm Death wciąż wrze. Dobrze, wiem oczywiście, że w składzie zespołu nie ma już żadnego muzyka, który uruchamiał tę machinę w 1981 roku, więc pewnie pokusiłem się o niesprawiedliwe porównanie. Jakby tego było mało, nie ma już w grupie nikogo, kto nagrywał przełomowy dla historii muzyki ekstremalnej debiut, „Scum”. Z drugiej strony, staż w Napalm Death powinien być według mnie liczony mniej więcej jak psie lata. No, wiecie, Reksio kończy sześć miesięcy, ale gdyby był homo sapiensem, miałby już na torcie z osiem świeczek, czy jak to się tam szacuje… Przecież jeden koncert Napalm to wydatek energetyczny, którego Robowi Halfordowi starczyłoby na pół trasy, gdyby tylko zdecydował się zrzucić z barków ciężar wszystkich swoich ćwieków. I to właśnie energia jest tym, co rozpala moje uczucia do „Throes of Joy In the Jaws of Defeatism”. To ona jest substancją i racją bytu tego albumu. Gdyby wyjąć poza nawias fryzurę Shane’a Embury’ego, członkowie Napalm Death mogliby zostać poza sceną pomyleni z urzędnikami niższego szczebla w administracji państwowej. Ale na scenie i w studiu nagraniowym wyrywają się szponom defetyzmu, a także szponom łysienia, nadwagi i podagry, by zawstydzić tak zwane ekstremalne kapele napędzane adrenaliną i testosteronem dwudziestolatków. Wielu z tych młodziaków się sili, Napalm Death urządza pokaz siły. „Throes of Joy In the Jaws of Defeatism” to płyta, która gryzie, ale jednocześnie wije się i oddycha. Czy zaskakuje czymś poza energią? Nie, mnie nie. Mark opowiada w wywiadzie o upchniętych pomiędzy eksplozje wpływach Swans albo The Young Gods, ale takie rzeczy to oni przecież od dawna, przynajmniej od „Morale” z „The Code Is Red... Long Live the Code”, a ta płyta pojawiła się piętnaście lat temu. W pewnym sensie album najnowszy jawi się nawet ekstraktem z wcześniejszych dokonań, choć stosowniej byłoby może powiedzieć: streszczeniem dziennika ich długiej podróży. Jest bezlitosna grindowa miazga – tej jest najwięcej i wymaga największych energetycznych inwestycji, które pozostawiają mnie w osłupieniu – ale jest również puls albumów z lat dziewięćdziesiątych, są wreszcie refleksy post-punku. Jest nawet numer ogołocony z gitar, za to z tekstem po francusku. Całą tę muzykę napisał Shane. Pięćdziesięciodwulatek, który przez ostatnich dziesięć lat nagrał w różnych konfiguracjach piętnaście albumów i sześć splitów. A wy co po sobie zostawicie?
Maciej Krzywiński